Dieta planetarna w polskich szkołach. Dietetyczka o tym, czego najbardziej obawiają się rodzice

REKLAMA
REKLAMA
Więcej warzyw, owoców i nasion strączkowych, a mniej mięsa oraz żywności przetworzonej – to nowa rzeczywistość szkolnych stołówek, której boją się niektórzy rodzice dzieci. O wprowadzonej w szkołach od września 2026 r. diecie planetarnej rozmawiamy z Agnieszką Piskałą-Topczewską, dietetyk kliniczną i ekspertką ds. żywienia.
- Co naprawdę zmieniło się 1 września
- Ślad węglowy, trup z szafy i pożegnanie z piramidą żywieniową
- Pilotaż, którego nie było, i szkolna panika
- Dziecko czy planeta? Koszty, akceptacja i nawyki z domu
- Ryzyko niedoborów i wojna o zielone jabłko
- Zupa dla Shreka i metoda małych kroków
- Lęk przed soją w diecie i luksusowa szkoła
- Ukryta prawda o kurczakach i uniwersalny obiad
- Podsumowanie: ewolucja zamiast rewolucji
Co naprawdę zmieniło się 1 września
Od 1 września 2026 r. szkolne stołówki, sklepiki i automaty z żywnością muszą spełniać wymagania rozporządzenia Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach (Dz.U. z 2026 r. poz. 197). Akt, nazywany potocznie rozporządzeniem „sklepikowym”, zastąpił przepisy z 2016 r. Wydano go na podstawie art. 52c ust. 6 ustawy z 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia, a przygotowało go Ministerstwo Zdrowia we współpracy z Narodowym Instytutem Zdrowia Publicznego PZH – Państwowym Instytutem Badawczym (NIZP PZH – PIB).
REKLAMA
REKLAMA
Resort zdrowia wprost deklaruje, że nowe standardy mają promować zdrowe nawyki żywieniowe „z uwzględnieniem zasad diety planetarnej”. To model opracowany przez międzynarodową Komisję EAT-Lancet – po raz pierwszy w 2019 r., w zaktualizowanej wersji w 2025 r. – który łączy dwa cele: zdrowie ludzi i ograniczenie środowiskowych kosztów produkcji żywności. Nie jest to dieta wegetariańska, lecz fleksitariańska: dużo warzyw, owoców, pełnych zbóż i nasion roślin strączkowych, mniej mięsa czerwonego i przetworzonego. Polskie przepisy nie przenoszą jednak modelu EAT-Lancet wprost do jadłospisów – czerpią z niego wybrane założenia.
Wymagania dotyczą wszystkich jednostek systemu oświaty – również niepublicznych – bez względu na to, czy posiłki przygotowuje własna kuchnia, czy firma cateringowa. Ich przestrzeganie kontroluje Państwowa Inspekcja Sanitarna, czyli Główny Inspektorat Sanitarny (GIS) i stacje sanitarno-epidemiologiczne. Materiały edukacyjne i odpowiedzi na najczęstsze pytania placówek publikuje Narodowe Centrum Edukacji Żywieniowej (NCEŻ), działające w strukturze NIZP PZH – PIB.
Pierwsze tygodnie roku szkolnego pokazały, że przepisy to jedno, a talerz – drugie. Rodzice pytają, czy dzieci się najedzą, intendentki – jak przygotować kotlet z fasoli, a branża mięsna i drobiarska – na jakiej podstawie ograniczono mięso. O tym, jak dieta planetarna wygląda w praktyce, rozmawiamy z dietetyczką, która sama przyznaje, że w sprawie buraków przegrała z własnym synem.
REKLAMA
Ślad węglowy, trup z szafy i pożegnanie z piramidą żywieniową
Jak dieta planetarna wpisuje się w kontekst żywienia w szkolnych stołówkach? Widzę tu wyraźny związek: otyłe dzieci to z reguły otyli dorośli.
Agnieszka Piskała-Topczewska: Otyłe dzieci to otyli dorośli, bo zaledwie 20 proc. osób, które miały nadwagę w dzieciństwie, ma szansę być szczupłymi w wieku dorosłym1. Powiedzenie, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci”, jest w tym aspekcie jak najbardziej prawdziwe. Oprócz tego dieta planetarna podejmuje bardzo ważny temat tego, jak nasz sposób odżywiania i produkcji żywności wpływa na efekt cieplarniany i emisję CO₂. Ślad węglowy wypadł ostatnio trochę jak trup z szafy i jest przez wiele firm dosyć mocno monitorowany.
Trzecia rzecz to fakt, że najlepiej służą nam produkty pochodzące z naszej strefy klimatycznej. Średnio nam służą pomarańcze czy jogurty zimą, bo są to produkty wychładzające. Dodatkowo badania potwierdziły, że idealnie służą naszemu zdrowiu produkty, które są pozyskiwane 60–70 km od naszego miejsca zamieszkania. Krótki transport ma wpływ na jakość produktu, przede wszystkim warzyw i owoców (nie trzeba dodatkowo zabezpieczać). Jeśli ten trend będzie zastosowany w szkołach, to lokalni rolnicy i społeczności będą miały szansę zaistnieć i poprawić swoje zasoby finansowe, a może i bardziej zmotywować się do rolnictwa sprzyjającego zdrowiu naszych dzieci.
O tyle podoba mi się ta dieta, że stawia na warzywa i owoce. My w Polsce mamy zazwyczaj poślizg około 10 lat, zanim coś powie Światowa Organizacja Zdrowia, a my się do tego przekonamy. Na szczęście stara piramida żywieniowa – która dla konsumentów była niezrozumiała i jest już reliktem przeszłości jak piramidy w Egipcie – została zastąpiona talerzem żywieniowym2. Wydaje mi się, że przy minimalnym wykształceniu podzielenie talerza na trzy części jest intuicyjne: połowę talerza powinny stanowić warzywa, 1/4 to dodatek białkowy (mięso, ryby, jajka, tofu), a kolejna 1/4 to dodatek skrobiowy (ryż, makaron, ziemniaki, pieczywo). Nie trzeba tu wyższej matematyki.

sałatka warzywa talerz gotowanie
Warzywa na talerzu. Poprawisz pracę mózgu i zadbasz o serce
Shutterstock
Ślad węglowy przy produkcji warzyw korzeniowych to zaledwie 0,4 kg CO₂ na kilogram warzyw. Natomiast produkcja mięsa przeżuwaczy, na przykład wołowiny, jest najbardziej energochłonna – to od 60 do 99 kg CO₂ na kilogram mięsa. Różnica jest dosyć mocna. Ponadto badania potwierdziły, że spożywanie czerwonego mięsa częściej niż trzy razy w tygodniu mocno koreluje z występowaniem nowotworu jelita grubego3. Jako dietetyk nie mam żadnego problemu z tą dietą i bardzo się z niej cieszę.
Najważniejsze wymagania dla stołówek (§ 2 ust. 3 rozporządzenia)
- dwa razy w tygodniu obiad z porcją mięsa przygotowaną z mięsa świeżego,
- co najmniej raz w tygodniu obiad z porcją ryby,
- co najmniej raz w tygodniu potrawa z nasion roślin strączkowych bez dodatku produktów odzwierzęcych,
- od poniedziałku do piątku nie więcej niż dwie porcje potraw smażonych – wyłącznie na rafinowanym oleju rzepakowym lub oliwie z oliwek,
- co najmniej dwa razy w tygodniu zupy na wywarach warzywnych,
- porcje mleka i produktów mlecznych mogą zastąpić napoje roślinne, ale tylko wzbogacone co najmniej w wapń i witaminę B12,
- preferowana woda, a napoje przygotowywane na miejscu – do 5 g cukrów dodanych w 250 ml,
- uwzględnianie sezonowości oraz – jeżeli to możliwe – produktów lokalnych lub ekologicznych.
Jakby pani miała wytłumaczyć w dwóch zdaniach, czym ta dieta jest, a czym nie jest? W swoim pierwotnym założeniu miała to być dieta wegetariańska, ale rozumiem, że obecnie nią nie jest?
Najprościej mówiąc: jest to dieta z ograniczeniem tłuszczów nasyconych zwierzęcych, które mogą powodować wzrost cholesterolu i chorób układu krążenia, oraz z ograniczeniem cukrów prostych, sprzyjających rozwojowi cukrzycy. Mamy w Polsce obecnie 3 miliony osób z cukrzycą, a w przeciągu dwóch lat kolejne 2 miliony się o niej dowiedzą 4. Z tego powodu ta dieta to doskonałe, prospołeczne zachowanie prewencyjne. Wszystkie inne produkty są jak najbardziej dozwolone.
Myślenie o tej diecie jest u nas bardzo polaryzujące. Na pewnej konferencji usłyszałam, jak ludzie oburzyli się, że będą płacić 25 złotych za obiad w szkole, a dzieciak będzie musiał jeść same kalafiory. To duże uproszczenie. Zgodnie z wytycznymi, mięso może być 2 razy w tygodniu z maksymalnym ograniczeniem mięsa czerwonego. Kiedyś to były cztery dni. Pamiętam, tak samo jak pewnie pan, że w latach siedemdziesiątych tylko w piątki był makaron z truskawkami albo ryba, a przez resztę tygodnia – mięso. Mój dwudziestoletni syn miał w szkole gorzej, bo ajent wynajmujący szkolną stołówkę przez cztery dni w tygodniu dawał dzieciom placki z jabłkami albo placki ziemniaczane. Rozumiem wegetarianizm, ale samymi plackami człowiek nie żyje. Jeśli odpowiednio się tym tematem zagospodaruje, dieta ta może być i smaczna, i zdrowa.
Pilotaż, którego nie było, i szkolna panika
A kiedy te wytyczne się pojawiły? Z zewnątrz wygląda, jakby to wszystko zadziało się nagle. Czy przed wprowadzeniem zmian w polskich szkołach prowadzono jakiś pilotaż?
Pilotażu nie było. Wytyczne dotyczące żywienia dzieci opublikowano na początku roku. Uważam, że wprowadzono to trochę za późno, bo teraz na gwałt wiele intendentek szkolnych i ajentów potrzebuje wsparcia. Przecież oni nigdy wcześniej nie robili kotletów z fasoli czy burgerów z soczewicy. Na szybko powstają dla nich specjalne przewodniki i książki kucharskie. Jednak kto chce, szuka sposobu, kto nie chce, szuka powodu.
Czy pani zdaniem polskie szkoły naprawdę przeszły na tę dietę planetarną w stu procentach? Jesteśmy raczej na etapie wdrożenia?
Myślę, że to okres przejściowy. Rozporządzenie jest napisane na dużym poziomie ogólności. Dosadnie wybrzmiało tylko to, że mięso czerwone ma być mocno ograniczone (do jednego razu w tygodniu). Do tego oczywiście dochodzi wymóg wykorzystywania pełnoziarnistych produktów, takich jak kasza gryczana czy pęczak, z którymi dzieci mają problem, szczególnie jeśli nie jedzą ich w domu. Stąd też ten bunt rodziców, którzy obawiają się, że dzieci nie będą chciały jeść nowych rzeczy. Teraz przekonamy się czy te wytyczne to bardziej rekomendacje czy twardy nakaz, który ktoś będzie rygorystycznie weryfikował w każdej szkole5.
Dziecko czy planeta? Koszty, akceptacja i nawyki z domu
Mamy tu do czynienia z fałszywą alternatywą: „dziecko czy planeta”. Jakie kryteria powinny mieć pierwszeństwo w szkolnej stołówce: zdrowie, akceptacja posiłku przez dziecko, cena, czy kryterium środowiskowe? Przecież co z tego, że damy dzieciom dobre jedzenie, jeśli ono wyląduje w koszu, albo jeśli systemowo jest ono po prostu za drogie?
W myśl powiedzenia „bliższa ciału koszula”, zawsze będziemy się bardziej zastanawiać nad tym, czy dziecko ma pełny brzuszek, niż czy zwiększamy efekt cieplarniany. Z drugiej strony, my tę planetę zostawimy naszym dzieciom, więc warto ją zostawić w lepszej kondycji. Największy problem widzę jednak w rodzicach, ponieważ dzieci uczą się przez naśladowanie, a nie przez słuchanie.
Programowanie żywieniowe u dzieci występuje tak naprawdę od okresu prenatalnego („minus dziewięciu miesięcy”) aż do trzeciego roku życia. Im bardziej torpedujemy dziecko różnymi smakami w tym czasie, tym jest ono później otwarte na nowości. Brałam udział w badaniach z dziećmi, które były żywieniowo mocno ograniczone – jadły tylko pomidorówkę, rosołek, nuggetsy czy naleśniki z nutellą, czyli rzeczy, do których nie trzeba dzieci specjalnie namawiać. Widziałam rodziców, którzy próbując jedzenie ze słoiczków krzywili się: „O Jezu, jakie to okropne”, a jednocześnie wpychali to dziecku do buzi. Trudno, by dziecko zjadło to z przyjemnością. Jeśli dziecko od małego nie jest zaimpregnowane „sosem zdrowego odżywiania” przez rodziców, trudno będzie wypracować ten wyłom w wieku szkolnym.
Jeśli chodzi o cenę żywienia, nawet w skali makro – znam szkołę w Konstancinie, która wydaje na miejscu aż 540 świetnych obiadów przygotowywanych przez kucharki starszej daty – jedzenie roślinne jest zdecydowanie tańsze niż żywność wysokoprzetworzona. Nie zgadzam się, że zdrowe odżywianie jest drogie. Klasyczna kasza gryczana, nie taka w plastikowych woreczkach, kosztowała mnie wczoraj 3 złote. Dobra oliwa z oliwek swoje kosztuje, ale wystarcza całej rodzinie na trzy lub cztery miesiące. Gdy jednak kupujemy burgery „pod złotymi łukami”, to podsumowując koszty, robi się to naprawdę drogie. Problemem jest dorosła generacja, która wciąż uważa obiad u babuni – schabowy smażony na smalcu, zasmażana kapustka i ziemniaczki – za synonim zdrowego, domowego posiłku. Z tym bym jednak mocno polemizowała.
Od redakcji: Cena nie jest jedyną barierą. Bardzo ciekawie pokazał to raport "Nawyki żywieniowe Polaków" omawiany podczas Good Food Forum 2026: 28 proc. Polaków deklaruje, że chce zmienić dietę na zdrowszą, ale jednocześnie 36 proc. przyznaje, że często je w pośpiechu to, co akurat ma pod ręką, a 26 proc. jako główną przeszkodę wskazuje brak czasu.
A co jeśli gotujemy w domu? Czy dieta planetarna dziecka przy jednym stole powinna być inna niż dorosłego? Czy dziecko musi mieć coś innego na talerzu?
Nie, to jest bardziej kwestia proporcji. Dzieci do okresu skoku wzrostowego, czyli do około 15–16 lat, potrzebują 2 gramów białka na kilogram masy ciała na dzień. My, dorośli, potrzebujemy go zaledwie od 0,8 do 1 grama – choćby po to, by wyprodukować enzymy trawienne czy odbudować złamany paznokieć. Dla dziecka świetnie sprawdzi się podział: pół talerza warzyw, 1/4 białka i 1/4 skrobi. W przypadku diety planetarnej dorosłego ta zawartość białka to zaledwie 1/5 lub 1/6 talerza. Możemy całą rodziną jeść to samo. Nie musimy tuningować dzieciom posiłków, po prostu dorosłym możemy dosypać więcej orzechów czy pestek słonecznika, a dziecku dać większy kawałek kotleta z kurczaka czy jajko.
Ryzyko niedoborów i wojna o zielone jabłko
Przy wegetarianizmie często pojawia się strach o niedobory: żelazo, B12, cynk, witamina D, omega-3. Czy przy tak dużym udziale roślin to ryzyko realnie rośnie?
Nie ma jednej reguły. Zajmuję się także nutrigenetyką, czyli naszymi predyspozycjami genetycznymi do metabolizowania składników. Mam pacjentki, jednojajowe bliźniaczki, które wizualnie wyglądają jak kopie. Jakby człowiek napił się alkoholu, pomyślałby, że ma podwójne widzenie. Jednak nawet one nie mają identycznych genów we wszystkich obszarach metabolizmu. Są osoby, które świetnie funkcjonują na diecie keto, a inni, tak jak pan przy przepuklinie przełyku, na tej samej diecie szybko udadzą się na „niebieskie łąki”. Oczywiście żelazo z mięsa wchłania się zdecydowanie lepiej niż z roślin. Z kolei witamina B12 w ogóle nie występuje w świecie roślinnym, więc weganie muszą ją często suplementować. Ale odpowiednio zbilansowana dieta jest w stanie w pełni zaspokoić nasze potrzeby, ewentualnie przy monitorowaniu parametrów z krwi.
To może być kłopot, jeśli moje dziecko nie zje niczego, co ma kolor zielony?
Z pewnymi rzeczami po prostu nie warto walczyć. Miałam chłopca na zajęciach sensorycznych, który zjadał czerwoną paprykę i czerwone jabłko, ale zielonego odpowiednika już nie tknął. Jeśli dostarczamy mu składników z innych źródeł, po co walczyć z wiatrakami? Jabłko zawsze można obrać. Ja sama za punkt honoru postawiłam sobie, że mój syn będzie jadł buraki. Niezależnie od tego, czy był to chłodnik, botwinka czy barszcz, syn kategorycznie odmawiał. W przedszkolu wezwano mnie na dywanik, ponieważ podczas zajęć o warzywach mój trzyletni wówczas syn zamiast je zjeść, wyrecytował wychowawczyni na blachę formułkę: „Proszę pani, buraki mają dużo folianów krwiotwórczych i sprzyjają produkcji hemoglobiny”. Ostatecznie zaczął jeść buraki dużo później, tylko w formie francuskiej sałatki z czosnkiem. Z małymi dziećmi warto robić zajęcia, gdzie z zawiązanymi oczami próbują jedzenia – często uczą się smaku bez uprzedzeń co do jego koloru.
Zupa dla Shreka i metoda małych kroków
Co powiedzieć rodzicowi, który narzeka, że posiłek był zbilansowany na papierze, ale jego dziecko wraca ze szkoły głodne, bo go po prostu nie tknęło?
Trudno kogoś zaspokoić, nie znając jego oczekiwań. Przyczyn może być wiele: czy jedzenie jest niesmaczne, porcja za mała, a może po prostu wygląda nieestetycznie? Je się oczami. Kiedyś tworzyłam książki dla intendentów – suchy opis w jadłospisie „kotlet w sosie z kaszą” to była barowa informacja, która nie kusiła. Ale jak z pomocą psychologów nazwaliśmy dania „Przysmakiem Rumcajsa” albo zupę z zielonego groszku „zupą shrekową”, nabrało to u dzieci zupełnie innego wymiaru. Wizualnie biały ryż z potrawką z kurczaka i surówką z białego selera wygląda jak jeden wielki bełt. Ale pieczone ziemniaczki, kurczak w panierce i surówka z marchewki to już zupełnie coś innego.
Od redakcji: Warto też pamiętać, że tego typu problemy nie dotyczą tylko dzieci. Raport „Nawyki żywieniowe Polaków” pokazał, że dania gotowe zdążyły już zbudować sobie wiarygodność smakową – 65 proc. badanych uważa je za smaczne – ale jako zdrowe ocenia je tylko 46 proc. To pokazuje, że konsument chce wygody i smaku, ale jednocześnie ma wątpliwości, czy to, co jest szybkie i łatwo dostępne, jest dla niego dobre
Rodzicom, którzy narzekają, polecam metodę małych kroków. Nie podawajmy dziecku od razu „terapii szokowej” w postaci humusu czy kotletu z soczewicy zamiast tradycyjnego mielonego. Do sosu bolognese zetrzyjmy trochę cukinii, a do mielonego dodajmy trochę marchewki albo wymieszajmy mięso z soczewicą w proporcji pół na pół. Strączki są bardzo elastyczne sensorycznie, zblendowana pasta z fasoli z przyprawami jest pyszna. Mnóstwo inspiracji można znaleźć na świetnych blogach kulinarnych, jak Jadłonomia. Czasami rodzice wręcz domyślnie odrzucają jedzenie w imieniu dziecka: „on na pewno tego nie zje”, chociaż dziecko nawet nie miało szansy spróbować pasty z buraka czy marchewki.
Wielką siłę ma też wspólne gotowanie. Z badań wynika, że dzieci nakładają sobie na talerz o 23 proc. więcej potrawy, którą same współtworzyły z dorosłymi. Pozwoliłam kiedyś mojemu synowi na absolutną wolność kulinarną i przygotował surówkę z kapusty kiszonej i banana. Pomyślałam: „o kurka wodna, będzie grubo”, ale kwasowość kapusty ze słodyczą banana sprawiły, że jak to mawia Magda Gessler – to było po prostu obłędne!
Lęk przed soją w diecie i luksusowa szkoła
Czy napoje roślinne mogą bezpiecznie zastąpić mleko krowie? Pojawiają się głosy, że partnerem wprowadzania diety będzie pewna marka i jej produkty roślinne.
Ja jestem z tej sekty, która uznaje mleko i produkty nabiałowe. Napoje roślinne budzą we mnie demony. Dobre mleko owsiane czy migdałowe ma czasem taką cenę, jakby w środku pływały kryształy Swarovskiego. Te tańsze mają na pierwszym miejscu wodę, potem cukier, gęstniki, a na końcu homeopatyczną ilość wyciągu z migdałów. Nie chciałabym, żeby to stanowiło alternatywę. Mój niepokój wzbudziły też te doniesienia o produktach sojowych. Soja, ze względu na spore ilości fitoestrogenów mających działanie proestrogenowe, zaburza gospodarkę hormonalną. Chłopcy w wieku nastoletnim spożywający duże ilości soi mają problemy ze skokami wzrostowymi (częsty problem u chłopców z krajów azjatyckich), powiększonymi piersiami czy silnym trądzikiem. Mam potężny opór przed tym, by zupa na mleku sojowym i sojowy pudding były szkolną normą.
Zdecydowanie nie popieram też takiego korporacyjnego przywiązywania do marki. Chociażby Ministerstwo Zdrowia chce odejść od stosowania Nutri-Score, a firmy w zamian mają być „edukatorami”. Wiadomo, że każda marka chce „ukręcić na tym lody”, ale konsument powinien dostawać wędkę, a nie rybę – by móc samodzielnie ocenić i wybierać wartościowe produkty na półkach.
Od redakcji: Wyniki raportu prezentowanego podczas Good Food Forum pokazały, że aż 61 proc. Polaków nie potrafi wskazać żadnego autorytetu w kwestiach żywienia. Co ciekawe, za najbardziej wiarygodnych uznajemy lekarzy i dietetyków, ale realnie z ich wiedzy korzysta tylko 23 proc. badanych. Czyli informacji mamy mnóstwo, tylko nie bardzo wiemy, komu ufać. Podobnie jest z etykietami. Czyta je niemal każdy – deklaruje to 93 proc. badanych – ale zawsze robi to zaledwie 17 proc. Kiedy już patrzymy na opakowanie, najczęściej sprawdzamy datę ważności i skład produktu. Dlatego moim zdaniem nie potrzebujemy kolejnych dziesięciu skomplikowanych komunikatów na opakowaniu. Potrzebujemy prostych zasad i edukacji, która pozwoli człowiekowi w kilkanaście sekund ocenić, co rzeczywiście kupuje.
A co z małym cateringiem w szkołach? Wyobraźmy sobie mikroszkołę, do której jedzenie przyjeżdża na blachach. Czy taki system udźwignie dietę planetarną? Co ze szkołami prywatnymi, w których widuję catering dla dzieci opartym na sushi i awokado?
Mały catering z łatwością to udźwignie. Pasty i dania roślinne znacznie lepiej radzą sobie na dowożonych blachach niż klasyczne mięso. Kotlet na ciepło, który długo leży pod folią w tłuszczu, całkowicie traci chrupkość i staje się niefajny. Jako ciekawostkę powiem, że bardzo dużo szkół korzystało z wielkiego cateringu od linii lotniczych. Widziałam to jedzenie na żywo i powiem tylko – ręce i biust opadają. Myślę, że najpierw pod lupę GIS-u trafią nie tyle stołówki, co sklepiki szkolne i maszyny vendingowe z produktami, np. te od Żabki, z którą zresztą współpracowałam przy dobieraniu zdrowego asortymentu np. kanapek z jajkiem.
A luksusowe szkoły prywatne? Znam placówki, w których dzieciom po prostu na bieżąco dowozi się najlepsze pizze czy właśnie potężne ilości sushi.
Rozporządzenie nie określa wyjątków dla tego typu placówek. Trudno tu mówić o diecie planetarnej i lokalności, skoro nori sprowadza się z Japonii, a awokado na pewno nie rośnie pod Warszawą. Chyba że zaczną robić innowacyjne „kaszimi”, czyli sushi z polskiej kaszy gryczanej! Pracowałam kiedyś jako audytorka przedszkolnych jadłospisów. W jednym z multikulturowych przedszkoli na Ochocie, przeznaczonym dla dzieci ambasadorów, kucharki musiały z jednego garnka wydać jedzenie bezglutenowe, bezlaktozowe, koszerne, wegańskie, wegetariańskie i halal. Kobiety po prostu siwiały, więc w końcu spasowałam, mówiąc, że w jednej placówce nie da się pogodzić tych wszystkich wariacji.
Ukryta prawda o kurczakach i uniwersalny obiad
Na koniec zapytam o to mięso drobiowe, którego zjadamy podobno aż dziesiątki kilogramów rocznie na głowę6. Moja żona twierdzi, że indyk jest bezpieczniejszy, bo kurczaki poddaje się ogromnej „hormonalizacji”. Prawda czy mit?
Absolutnie obalam ten mit. W Polsce, podobnie jak w całej Unii Europejskiej, panuje całkowity zakaz stosowania jakichkolwiek hormonów wzrostu w hodowli drobiu7. Zresztą krążące opowieści o tym, że przez hormony chłopcom rosną piersi, to bzdura – gdyby podawano tam testosteron dla szybkiego wzrostu, to nam, kobietom, rosłyby raczej wąsy. Mój brat jest weterynarzem, często kontroluje fermy i bezwzględnie tego pilnuje. To prawda, że dzisiejsze kurczaki (brojlery) rosną dużo szybciej, ale jest to kwestia specjalnie wyselekcjonowanych odmian. Często obalam też lęki dotyczące białych i różowych prążków widocznych na piersi z kurczaka – to nie skutek wstrzykiwania antybiotyków, lecz po prostu anatomiczny przerost mięśni u szybko rosnących odmian ptaków. Wybierając polskiego kurczaka zagrodowego, mamy 100 proc. pewności, że jest on w pełni bezpieczny farmakologicznie.
Czy istnieje taki jeden obiad z diety planetarnej, który pogodzi dietetyka, rodzica, ekologa i wybrednego dziesięciolatka?
Jeden obiad nie czyni cudów, bo to kwestia całej diety. Ale fantastycznym pomysłem z diety planetarnej będzie ryż z kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym, warzywami i dodatkiem cieciorki lub soczewicy. Tak samo jak najzwyklejsza kanapka z pastą jajeczną, ogórkiem i sałatą. Pamiętajmy, że polska klasyka, czyli kawałek ryby z ziemniaczkami i surówką z kiszonej kapusty (która, mówiąc naukowo, świetnie „czochra jelita”), też wpisuje się w ten model! Nie chodzi o nagłe przerzucenie się na jedzenie mięsa z renifera popijane wodą z lodowca. Nadal jemy te same produkty, tylko ograniczamy czerwone mięso – co oznacza, że raz na pół roku wciąż możemy zjeść tradycyjnego hot doga, jak pojedziemy po taborety do Ikei.
Bardzo dziękuję za te wszystkie informacje.
Podsumowanie: ewolucja zamiast rewolucji
Rozmowa pokazuje, że spór o dietę planetarną w szkołach toczy się w dużej mierze wokół wyobrażeń, a nie przepisów. Rozporządzenie nie wprowadza „wegańskich szkół” ani obowiązkowego jadłospisu EAT-Lancet. Przewiduje mięso w obiadach dwa razy w tygodniu, wymaga co najmniej jednego dania ze strączków i jednego z rybą, promuje wodę, sezonowość i produkty pełnoziarniste. Zdaniem Agnieszki Piskały-Topczewskiej to kierunek zgodny z wiedzą o żywieniu i bez rewolucji na talerzu, bo „nadal jemy te same produkty, tylko ograniczamy czerwone mięso”.
Największym wyzwaniem nie jest jednak skład jadłospisu, lecz jego akceptacja. Posiłek zbilansowany na papierze, który trafia do kosza, nie spełnia swojej funkcji – ani zdrowotnej, ani środowiskowej. Rozmówczyni wskazuje trzy dźwignie zmiany: sposób podania i nazwania dania, metodę małych kroków (np. dodawanie strączków czy startych warzyw do znanych potraw) oraz nawyki wyniesione z domu, bo „dzieci uczą się przez naśladowanie, a nie przez słuchanie”.
Dla szkół i organów prowadzących wniosek jest praktyczny: wymagania są wiążące i podlegają kontroli sanepidu, ale o ich skuteczności przesądzi kuchnia – umiejętności intendentek, jakość cateringu i wsparcie szkoleniowe. Dla rodziców – że dieta planetarna nie oznacza rezygnacji z mięsa, lecz zmianę proporcji na talerzu.
Agnieszka Piskała-Topczewska - absolwentka Wydziału Nauk o Żywieniu Człowieka i Konsumpcji Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego oraz podyplomowych studiów pedagogicznych.
Należy do wąskiego grona diet coach’ów certyfikowanych w Polsce przez Instytut Psychoimmunologii Wojciecha Eichelbergera. Uczestniczka, w roli prelegenta, szeregu konferencji poświęconych żywieniu i zdrowiu człowieka w całej Polsce. Autorka wielu artykułów nt. żywienia w prasie kobiecej i parentingowej. Współautorka książki „Chrzań te diety".
Rozporządzenie Ministra Zdrowia z 16 lutego 2026 r. w sprawie grup środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży dzieciom i młodzieży w jednostkach systemu oświaty oraz wymagań, jakie muszą spełniać środki spożywcze stosowane w ramach żywienia zbiorowego dzieci i młodzieży w tych jednostkach (Dz.U. z 2026 r. poz. 197),
Ustawa z 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (t.j. Dz.U. z 2023 r. poz. 1448 ze zm.).
Rozmawiał: Sławomir Biliński
REKLAMA
© Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A.
REKLAMA



